Lokalna24 Kędzierzyn Koźle wiadomości z miasta i powiatu

Wprawdzie hodowlę psów rasowych rozpoczęła nie w Dębowej, a w Kędzierzynie-Koźlu, to z niewielkim sołectwem w gminie Reńska Wieś Agnieszka Nowak-Patyniak związana jest od ponad 20 lat. – Bo gdzie się hoduje zwierzęta? Na wsi właśnie! Było to więc logicznym posunięciem. Zawsze chciałam to robić – mówi o miłości do psów rasy terier hodowczyni, sędzia międzynarodowa, pasjonatka.

Pierwszy rasowy pies pojawił się u niej w 1988 r. Po trzech latach zaczęła prowadzić hodowlę.

Airedale terriery były pierwsze. Potem postanowiła sprowadzić do Polski manchester terriery. Pierwszy pies tej rasy – suka z Belgii – trafiła do hodowli 1 listopada 1994 r.

Manchesterom jest wierna do dziś. I z airdale’ami łączy ją bliska więź, mimo, że to rasa wymagająca specyficznej pielęgnacji.

Każdy jest inny

W międzyczasie pojawiły się welsh terriery. Jeden do tej pory cieszy serce pani Agnieszki.

Potem postanowiła rozpropagować rasę, która też była u nas mało popularna. W ten sposób w Dębowej pojawiły się lakeland terriery.

Dziś gros hodowli stanowią manchester terriery. Na dzisiejsze czasy psy wprost idealne. Waga około 10 kg, krótki włos. – Stosunkowo ciche, przywiązane do właścicieli. Rozsądne rozwiązanie, które mogę polecić każdej rodzinie – precyzuje rozmówczyni. – Natomiast airdale terrier to pies większy, wymagający specyficznej, drogiej pielęgnacji. Bardzo inteligentne zwierzę, ale jego właściciel musi mieć dla niego dużo czasu – dodaje. Co do teriera walijskiego – to mniejszy przedstawiciel „terierów”, co wiąże się ze sporym temperamentem zwierzęcia. Od właściciela wymaga się sporego doświadczenia, by mógł wychować go na psa domowego.

Zdecydowanie spokojniejszy od „Walijczyka” jest lakeland terrier. Również hodowany w Dębowej, choć mioty są rzadkie.

– Wychodzę z założenia, że lepiej mniej, a w lepszej jakości – wyjaśnia Agnieszka Nowak-Patyniak.

Jak każdemu hodowcy, przyświeca jej idea, by doprowadzić każdą rasę jak najbliżej ideału. Zmieniają się typy i mody. Wzorzec, precyzyjnie opisany standard, jest jeden.

Pokora i praca

Główne źródło zarobku? Skądże. Hodowlę psów rasowych można uznać za skarbonkę, ale jest to skarbonka – jak to określa pani Agnieszka – bardzo wątpliwa.

– To drogie zajęcie. Gdy sprzeda się szczeniaka, środki inwestuje się dalej. Sprowadzam psy z zagranicy, by zwiększyć pulę genową. Koszty udziału w wystawach też są wysokie. To trochę taki samo-zjadający się interes – zaznacza rozmówczyni.

Przyznaje, że jest pragmatyczką. Stwierdziła, że – choć każdego psa kocha się tak samo – to jeśli mieć czworonoga, to tylko rasowego.

Z wykształcenia pedagog. Swoje powołanie odnalazła w psach.

Pierwszy pojawił się u niej w 1988 r., po maturze. Kupiony w Koźlu Rogach.

Z domu rodzinnego, w którym zawsze były zwierzęta, wyniosła szacunek do nich. Ponadto przekonanie, że zwierzę to nie zabawka, a dla właściciela – pokora i praca. – Nie czarujmy się: nawet rybki trzeba nakarmić. Rybki też mamy – śmieje się rozmówczyni.

Ponadto dwa konie, sześć kur, jednego beagle’a i starą suczkę rasy australian cattle dog.

Nie wiedziała jeszcze, jak poprawnie wymawiać nazwę „airdale”, a była pewna, że chce mieć przedstawiciela tej rasy.

Kupiła go na raty za stypendium naukowe.

Czworonogów przybywało. Ile jest ich dzisiaj? Hodowczyni łatwiej wymienić wszystkie po imieniu, niż wskazać dokładną liczbę.

– Około 20 psiaków. Jeden z mniejszych, mojej córki, ma na imię T. Rex. Jest Malina. Jest też Haneczka – przyjechała ze Słowacji. Nazwisko właściciela – Rumpel. Słowacki Rumcajs to właśnie Rumpel. Stwierdziłam, że pies musi się nazywać Haneczka. Okazało się, że na Słowacji Haneczka to Mańka. Już nie zmieniałam imienia – śmieje się hodowczyni z Dębowej.

Jest też Haribo i Phoenix. Munia z Norwegii. Z nią również wiąże się ciekawa historia.

11.11.11

Było uzgodnione, że nawet gdy w hodowli zaprzyjaźnionej Norweżki urodzi się w miocie tylko jedna suczka, trafi do Dębowej.

– Koleżanka obstawiała, że termin porodu suki przypadnie na początek listopada. Mówię: słuchaj Ewa, nie ma takiej możliwości. Zobaczysz, że ona wytrzyma do 11 listopada. W święto dzwoni koleżanka z wieścią, że miałam rację – relacjonuje pani Agnieszka. – Było to 11 listopada 2011 r., a szczeniak english toy terriera był pierwszym oficjalnie sprowadzonym do Polski przedstawicielem tej rasy.

Z Norwegii jest też Oslo. Za to Karuś urodził się w Dębowej.

Jest jeszcze jedna rasa, którą hodowczyni jako jedna z pierwszych sprowadziła do Polski – serbski gończy trójkolorowy.

Swego czasu pani Agnieszka sędziowała w Serbii, gdzie zobaczyła piękne zwierzę. – Nawet będąc sędzią, nie zna się wszystkich ras – jest ich prawie 400. Powiedziałam serbskiemu koledze, że kiedyś będę chciała mieć takiego psa – wspomina rozmówczyni. – Jak się okazało, Serbom takich rzeczy się nie mówi. Tym bardziej, jak kogoś lubią – dodaje tajemniczo.

Minęło pół roku. Pod bramę podjeżdża jej koleżanka z Polski, która też była na wystawie w Serbii. – Mówi, że ma coś dla mnie. Wręcza pieska. Przyjaciele z Serbii przesłali szczeniaka serbskiego gończego trójkolorowego. Serbowie tacy są! Już wiem, by nie wypowiadać przy nich żadnych życzeń – śmieje się hodowczyni.

Psem otrzymanym od serbskich przyjaciół zajmuje się 13-letnia córka pani Agnieszki – Aniela.

Zabawa i sport

Jest też córka Agata. Szkolenie i zabawy to działka 11-latki, której najlepiej wychodzi uczenie chodzenia czworonogów na smyczy.

– Patryk, mój bratanek, który mieszka z nami, jest prawie jak syn. Pomaga przy karmieniu zwierząt i innych męskich robotach, kiedy mąż jest w pracy – mówi pani Agnieszka.

Mąż jest od logistyki. Zawiezie, przywiezie, wypakuje, wyznaczy trasę i wesprze. Bo hodowla to ciężki kawałek chleba. Zajęcie dla ludzi ambitnych, mocnych psychicznie, wciąż dążących do bycia lepszym.

Pani Agnieszka jest hodowcą, ale od dobrych paru lat też sędzią międzynarodowym grupy terrierów. Wszystkie rasy są podzielone na tzw. dziesięć grup. Ras terierów jest ponad 30.

Trzeba się napracować, by zostać sędzią. Egzaminy, wiele lat zdobywania doświadczenia. Potem należy jeszcze swoją wiedzę wykorzystać w praktyce na ringu.

– Z moim idealizmem jest czasem ciężko. Mogłam wcześniej zdawać egzaminy sędziowskie. Ale najpierw chciałam pokazać światu, że w pierwszej kolejności udowodnię swoją pracą, że mogę oceniać innych i dawać im rady. Po osiągnięciu pewnego pułapu, stwierdziłam, że jestem już w stanie podejść do egzaminu – przyznaje pani Agnieszka.

Na drodze ku zostaniu sędzią trzeba ukończyć kurs asystencki – przez kilka lat asystować na ringu. Po zakończeniu stażu asystenckiego zdaje się egzaminy sędziowskie z takich dziedzin jak genetyka, anatomia czy behawiorystyka. Cały proces trwa kilkanaście lat.

Sędzia musi się nastawić na krytykę. Jego ocena jest subiektywna.

– Tak naprawdę na ocenienie jednego psa ma się 2-3 minuty. W tym czasie trzeba wyłapać dobre punkty czworonoga, a jednocześnie porównać go z innymi psami, czyli znaleźć ewentualne minusy, coś, co zaburza spojrzenie na standard – wyjaśnia rozmówczyni, która spełnia się w sędziowaniu. Sporo sędziuje za granicą. Może podpatrzyć konkurencję.

Stawia na jakość, a nie na ilość. Woli być dobra w jednej rasie, niż zostać sędzią kolejnych grup. Na razie trzyma się więc swojej działki.

Wieś międzynarodowa

Jej psy mają ludzie z wielu zakątków świata. Ona też ma w domu co najmniej całą Unię Europejską. Wymyśliła sobie kiedyś, że pewnego dnia wywiesi na placu flagi krajów, których mieszkańcy ją odwiedzili. Stwierdziła, że zabrakłoby miejsca.

Sąsiedzi już się nie dziwią, że na parkingu przed „Aluzją” – tak nazywa się hodowla w Dębowej – stają Rosjanie, za chwilę Niemcy, potem Holender, i jeszcze Węgier.

Odwiedzają Dębową nie bez powodu. Kilka psów z hodowli to zwycięzcy mistrzostw świata. Z tegorocznej wystawy europejskiej, pani Agnieszka przywiozła zwycięzcę Europy weteranów. Serbski gończy jej córki wrócił z tytułem zwycięzcy Europy i zwycięzcy rasy. Suczka Present Perfect Aluzja, manchester terrier, zwana w domu Limonką, została szczenięcym zwycięzcą Europy.

W tym roku ogromna satysfakcja spotkała hodowczynię także w Anglii, gdzie po raz pierwszy uczestniczyła w spotkaniu pn. „Manchester Terrier Happening”.

– Wielka Brytania jest kolebką większości ras terrierów. Jej hodowcy starają się trzymać poziom. Uważają, że mają patent na wspaniałe psy, którego nie ma nikt inny – podkreśla Agnieszka Nowak-Patyniak. – Pojechaliśmy tam z jednym psem. Na ponad 70 psów wygrał nasz Haribo Aluzja. Już się Anglicy do mnie nie odzywali. Angielska duma – śmieje się rozmówczyni.

W minionym roku „Manchester Terrier Happening” zorganizowano w Niemczech. Rywalizowało ponad 60 psów. Najpiękniejszym manchesterem wystawy też został pies z hodowli państwa Patyniaków.

Psiarza życie codzienne

Zwykły dzień? Rano trzeba wypuścić psy. Część z nich przebywa na wybiegach, gdyż hodowczyni uważa, że zarówno dla dobra ludzi, jak i psów, nie wszystkie zwierzęta powinny mieszkać w domu.

Tym bardziej, że choćby teriery walijskie lubią przebywać w kojcach.

– Najbardziej intensywne są dni wystawowe. Jeden terier szorstkowłosy wymaga często siedmiu godzin przygotowań. Potem nierzadko kilkanaście godzin jazdy na wystawę. Ale chyba o to chodzi, żeby w życiu coś robić – uśmiecha się pani Agnieszka.

Na szczeniaka z Dębowej nieraz trzeba czekać rok. Ciekawostką jest, że nawet w Kędzierzynie znajdziemy kilka manchester terrierów z hodowli w Dębowej, a to już, zdaniem rozmówczyni, powód do radości. – Sukcesem jest sprzedać, czy w ogóle znaleźć dobry dom dla rasy. Jednak wciąż właścicielami psów z naszej hodowli są głównie mieszkańcy dużych miast, wśród nich sporo osobistości – mówi właścicielka „Aluzji”.

Pieniądze to rzecz drugorzędna. Hodowca ma prawo decydowania, komu sprzeda psa. Pani Agnieszce zdarzało się odmówić sprzedaży, argumentując decyzję przekonaniem, że rasa psa nie pasuje do danej osoby. – Szczeniaki rodzą się u mnie. Ja za nie odpowiadam – podkreśla rozmówczyni. – To pewien luksus psów rasowych z dobrych hodowli, że hodowca swojego szczeniaka nie zostawi na pastwę losu – dodaje.

Marzenia ma się zawsze

Mąż pani Agnieszki pochodzi z Opola. Zawsze powtarza w żartach, że jedynymi zwierzętami, z jakimi miał styczność, nim poznał przyszłą żonę, były… muchy na klatce schodowej.

– Jak tu przyjechał, umył 30 misek, i już wiedział, co go czeka – śmieje się pani Agnieszka. – W ogóle swoją karierę zaczął od wygrania ważnej konkurencji podczas jednej z wystaw – tzw. best in show. Pierwszy raz stanął na ringu i od razu taki sukces – nie kryje podziwu.

Andrzej Patyniak pracuje w Urzędzie Miasta w Kędzierzynie-Koźlu. Z wykształcenia geodeta. – Z zainteresowania „naturalizowany psiarz” – mówi pan Andrzej. – Żona dawkowała mi pasję porcjami, przyzwyczajając do jednej rasy, potem do kolejnych. Zacząłem się tym coraz bardziej interesować. Dziś pracuję, że tak powiem, jako zaplecze logistyczne – dodaje.

W kynologii, jak w życiu, zawsze jest cel, do realizacji którego się dąży.

– Moim największym marzeniem jest, by psy zawsze miały fajny dom, znajdywały ciepło rodzinne u ludzi, którzy rozumieją, że zwierzę jest żywą istotą, a nie zabawką – mówi hodowczyni z Dębowej.

 

Foto: archiwum prywatne

Ilość ocen (0)

0 na 5 gwiazdek
  • Brak komentarzy